
|
||||||
|
Jakież te święta lajtowe :) Sobota: w pracy do 14. Po pracy piwo ze znajomymi we Wrzeszczu. Tylko gdzie? Obeszliśmy wkoło, wszystko zamknięte. Pętla zakończyła się przy Scruffy’m :) Otwarte. Pierwsze wrażenie, że drogo tu zawsze było, szybko minęło – do 17. piwo za niecałego piątaka, tego się nie spodziewaliśmy. Tak więc piwko, ja obiadek – musiałam zjeść coś, co nie było marchewkową muffinką ;) W domku Big Bang Theory. Niedziela: zapowiedziałam się na śniadanie, profilaktycznie jednak nie ustalając godziny. Wyspana, zrelaksowana, dotarłam do domu rodzinnego o… 11:30. Spodziewałam się małego wykładu, a tu… nic. Dostałam śniadanie, żurek, kiełbaskę. Normalne rozmowy, kawa, ciasto, żarty. Żadnych żali, docinków. Ja przygotowałam zupę miso i kurczaka z warzywami po chińsku. Mama wypalała w tym czasie woka, którego kupiła wcześniej. W ramach rewanżu dostałam ukochane zraziki z buraczkami. Wszyscy zadowoleni, najedzeni po uszy. Godzina 17., zbieramy się. Znów na spokojnie, bez wymówek, że krótko. Wystarczająco. Wałówka zapakowana, doturlałyśmy się do autobusów. Krótka drzemka w planie, bo wieczorem kameralne spotkanie towarzyskie przy soku z gumijagód (wódka + sok pomarańczowy + sok porzeczkowy + ew. kropelka nektaru bananowego). Posiedziałyśmy do 3. rano, przy ACDC, w strojach mało formalnych. Dzisiaj, Lany Poniedziałek: pobudka zarządzona przez koty o 8. Wiadomo – jeść! Słońce za oknem. Eh, no można pospać. Śniadanie w łóżku (kawa, sernik i czekoladowy zając), książeczka. Perfect. Tu dwa zdjęcia Miśki obrobiłam, tu obejrzałam głupi filmik, doczytałam artykuł. Uchylone drzwi na taras, szczebiot ptaków, słońce i koty w słońcu pełzające. Inka korzenna, żeby już n-tej kawy nie spijać. Takie święta to ja lubię. Przydałoby się jeszcze trochę aktywności, ale… nie było komu za kłaki wyciągnąć. :)
Pełna galeria z sesji Miszonka będzie tutaj. Siedzę wczoraj na przystanku, pławiąc się w słońcu – jakimś cudem wstałam kilkanaście minut po budziku, i wyszłam 10 minut za wcześnie, więc byłam dość zadowolona, że czasami potrafię ogarnąć poranek. - Nie, nie, dziękuję. Widzi Pani to [gestem ogarnia puste butelki], tego to ja nie piję, bo to jest trucizna. Ja mieszkam na Śródmieściu, i tam stary czy młody, kto to pił, to już w grobie. Pani, ja kiedyś w Dagomie robiłem, wtedy te wina to na prawdziwych sokach owocowych były, nie na chemii. Wiśnie, jabłka. Dodawali kwasu siarkowego, ale to do dezynfekcji. Bo wie Pani, w tych jabłkach to same robaki były, musieli je czymś wytruć. Tak było, nie to co teraz. Do widzenia Pani. I poszedł. I tak oto trochę historii załapałam, naturalnie, bez odwoływania się do Wujka Googla. Dokładnie rok temu, w Dzień Kobiet, robiłam sesję Oli :) Wczoraj zaś, dokładnie rok później, udało się zgrać grafiki z Misią. I z Donegalem, reprezentowanym przez Natalię :) Wkrótce – efekty :) Obróbkę zdjęć zostawiam sobie na wieczór, jako deserek :)
|
||||||
|
© 2012 teracotta - Wszelkie prawa zastrzeżone |
||||||